„W czasie deszczu dzieci się nudzą, to ogólnie znana rzecz…
Choć mniej trudzą się i mniej brudzą się, ale strasznie nudzą się w deszcz…”
Nuda – demon nawiedzający każdą matkę, która ma na stanie choć jedno dziecko deszczową porą. Kiedy za oknem przedwiośnie rozkwita pełną gamą deszczu, błota i wichury, upierdliwość naszych milusińskich wzrasta odwrotnie proporcjonalnie do barometru.
Która z nas nie miała ochoty wyć, usłyszawszy po raz kolejny „mamo, nudzę się”? Która z nas nie chciała umknąć cichaczem, choćby na klatkę schodową, słysząc jęczące, niczym odgłosy duszy potępionej „mamo, pobaw się ze mną”? Która nie zgrzytała zębami, słysząc „mamoooooo… co robimy?” No która, pytam?
Postanowiłam pewnego pięknego…. Wróć! Postanowiłam pewnego paskudnego, deszczowego dnia, że pora przestać być taką matką. Pora zakasać rękawy, wygrzebać zasuszone, zmięte pokłady fantazji i zorganizować Zołzie jakąś super zabawę. Poświęcę mojemu dziecku czas, pobawimy się w coś fajnego, spędzimy miło dzień. Jednym słowem sielanka.

Wyciągnęłam z szafy koc i oznajmiłam mojemu marudzącemu dziecku, że dzisiaj bawimy się w Indian. Zaczęłyśmy budować wigwam, gdyż jak wszyscy wiedzą, wigwam jest podstawą egzystencji Indian. Niestety, moje dziecko nie mogło zrozumieć, że oprócz wigwamu, podstawą egzystencji Indian jest także minimalizm i zamiast skromnego tipi stanęła monstrualna chałupa z czterech koców, dwóch prześcieradeł 200/200, dwóch bluz męża, wymoszczona trzema poduszkami, na które momentalnie uwalił się Pies.
- Nomir będzie naszym koniem, nazwiemy go „Rącza Strzała” – wykrzyknęła zachwycona Zołza.
„Rącza Strzała” przeczuwając efekt końcowy Zołzowego zachwytu, rączo umknął do drugiego pokoju, porzucając wygodne leże z poduszek.
- Poszedł na pastwisko, niech się pasie – machnęła ręką Zołza, przenosząc swoją uwagę na mnie, co mi dobrze nie wróżyło.
- A jakie ty będziesz mieć imię kochanie? – zaćwierkałam słodko, starając się odwrócić jej uwagę od wykluwających się właśnie w jej małej główce pomysłów.
- Ja będę wodzem Wielką Stopą – powiedziała groźnie Zołza, myląc chyba Indian z Yeti – A ty będziesz Białą Twarzą.
- Bladą Twarzą – zaoponowałam.
- Może być – łaskawie przytaknęło moje dziecię – Teraz idziemy tropić.
- Kogo? – spytałam zdumiona.
- Mamo, przecież Indianie zawsze tropią – z politowaniem stwierdziła Zołza.
Snułyśmy się więc przez jakiś czas po domu, „tropiąc”. Wytropiłyśmy zagubiony but lalki, dwa szklane kamyczki Oliwki, po których żałobę nosiła tydzień oraz jakieś pół kilo kotów z kurzu. Już się zaczęłam zastanawiać, jak włączyć w nasze tropienie odkurzacz, żeby przyjemne połączyć z pożytecznym, gdy Zołza zawołała gromkim głosem:
- Bizon!
- Gdzie? – krzyknęłam przerażona, opornie wracając od spraw przyziemnych do zabawy w Indian.
- Cicho! Leży, wypłoszysz go – szepnęło dziecko, skradając się po indiańsku.
Faktycznie, w pokoju przy ścianie leżał bizon – duży, kudłaty… Leżał łapami do góry i chrapał.
- To nie bizon, to twój koń – szepnęłam do Zołzy, patrząc na śpiącego Psa.
- Teraz jest bizonem i my go upolujemy. Przynieś linę.
Wróciłam po chwili niosąc pasek od szlafroka.
- Może być? – zapytałam Wielką Stopę.
- Super, idziemy go upolować.
Po chwili upolowany bizon, prowadzony na pasku od szlafroka, stanął smutny przy wigwamie.
- Jakiś taki jest nieszczęśliwy – zmartwiła się Zołza – Co Indianie robią z bizonami mamo?
- Jedzą je, ale to go na pewno nie rozweseli – odpowiedziałam krztusząc się ze śmiechu, gdyż skojarzenie z pewnym starym dowcipem o kurze było oczywiste.
- My go nie zjemy, my go oswoimy – odrzekła Zołza, przytulając się do bizona.
Dałabym sobie rękę uciąć, że bizon odetchnął z ulgą.
No, ale Indianie jeść coś muszą. Przygotowałam więc bardzo indiańskie pierogi z kapustą i grzybami dla siebie oraz z mięsem dla Wielkiej Stopy (na szczęście miałam ich trochę w zamrażarce). Bizon dostał suchą karmę, którą przecież wszystkie dziko żyjące bizony zajadają się od pokoleń. Po konsumpcji nastąpiła sjesta, podczas której ja drzemałam, przywiązana paskiem od szlafroka do krzesła. Niestety, albo „stety” zabrakło mi pomysłu na pal. Wielka Stopa zaś oswajała bizona Shmackosami Pediegree.
Wieczorem, kiedy kładłam do łóżka zmęczoną Zołzę, przytuliła się i powiedziała:
- Wiesz mamo, to był super dzień. A jutro pobawimy się w piratów.
Ratunku!
Anna