Była kobietą sukcesu. Niewątpliwie. Bo jak inaczej można określić stanowisko prezesa w jednej z większych firm kosmetycznych, 100-metrowy apartament na Starym Mokotowie w stolicy, z ogródkiem i tarasem, wyjazdy w najciekawsze zakątki świata oraz karty klubowe do najbardziej ekskluzywnych snobistycznych lokali? Zarobki z górnej półki, zawodowa stabilizacja, spora suma odłożona na kontach w Szwajcarii.
Ta ciąża – to grom z jasnego nieba. Stanęła na rozstaju dróg i po raz pierwszy w życiu nie wiedziała co zrobić. Przeklęte dwie kreski na teście. Myślała, myślała… Kilka nieprzespanych nocy. Czy usunąć tę ciążę? Jeśli tego nie zrobi, to straci wszystko, na co tyle lat harowała. Przecież stanowisko prezesa nie będzie mogło być wakatem przez cały urlop macierzyński. Na to nie może pozwolić. Nie chciała, żeby cała praca jej życia poszła na marne z takiego powodu.
Gdzieś w głębi jednak rosło ziarenko pełne niepokoju. Kto wie, czy po usunięciu ciąży będzie mogła mieć jeszcze dzieci. Nie, nie chodziło o to, że to będzie konsekwencja po zabiegu, w końcu wybierze sobie najlepszą klinikę za granicą. Stać ją na to. Zapewni sobie najlepszą opiekę, więc nie powinno być problemu. A jednak. Może być już za stara zanim się zdecyduje na ten krok, ma już 39 lat. Co z tego, że wygląda na 29? Daty urodzenia nie zmieni.
W końcu – zdecydowała. Urodzi to dziecko. Niemniej jednak nie odnalazła spokoju. Dlaczego? Podjęta decyzja zrodziła bowiem następne pytania wymagające odpowiedzi. Co gorsza, pytania te wcale nie były łatwiejsze, a znalezienie na nie odpowiedzi wymagało od niej przyznania się do błędu. Jak ma przyjąć taką porażkę? Ona, kobieta nieznająca słowa niemożliwe.
Przede wszystkim – ojciec. Co o nim wie? NIC. Może udać, że go nie ma? Nie, to by było niesprawiedliwe. Jak przez mgłę usiłuje sobie przypomnieć zdarzenia z feralnego wieczoru, którego data wynika z odliczenia dni od orientacyjnego wieku ciąży.

Nie jest puszczalska. Ale zdarzało jej się zaszaleć i to był jeden z luźniejszych wieczorów, na którym poszła na całość… Pamięta bankiet charytatywny, wylicytowała wtedy piękny obraz, który teraz wisi w sypialni. Potem trochę alkoholu, ale przecież nie pije zbyt dużo, nastrój trochę sentymentalny i to pierwsze tango z przystojnym brunetem o stalowych oczach. Był taki szarmancki, miał poczucie humoru i potrafił naprawdę nieźle tańczyć. Bawili się razem prawie do rana. Rozmawiali o firmach, w których pracowali, potem trochę o planach życiowych. Zaproponował spacer, zgodziła się i wyszli razem. Była gorąca noc sierpniowa. Od tych tańców bolały ją stopy, poskarżyła się i za chwilę już była w górze. Zakręcił z nią karuzelę, jak z małym dzieckiem. Zdjęła szpilki i pończochy. Usiedli przy fontannie, w której ona zamoczyła stopy. Patrzyli na pięknie oświetloną Starówkę. Poprosił, żeby wsiadała na barana, bo przecież nie może iść boso, on zaś pod górę nie wniesie jej na rękach, a jego rumak gdzieś pogalopował… Śmiali się do łez. Dawno nie czuła się tak swobodnie i dobrze. Zabrał ją do swojego mieszkania, mieszkał niedaleko na Nowym Świecie. Zrobił herbatę. Usiedli na sofie, przytulili się i już nic nie mówili. Okazało się, że po prostu obydwoje tego chcą.
Wyszła rano po cichutku, jak jeszcze spał. Zostawiła karteczkę: „Dziękuję. Aneta”. Szybko złapała taksówkę i pojechała do domu, żeby zdążyć przebrać się do pracy. I zapomniała o sprawie.
Teraz w popłochu szukała zdjęć z bankietu na swoim komputerze. Pamiętała, że jej je przysłano, ale nie miała czasu obejrzeć. Może on na nich będzie. Tylko co z tego, że znalazła zdjęcia? Przecież nawet nie wie, jak on się nazywa. Wiedziała tylko, że ma na imię Krzysztof. Pracował w jakiejś firmie komputerowej. To wszystko co wie – niewiele tego. Może jednak darować sobie te poszukiwania? To i tak bez sensu. Przecież on, tak samo jak ona, miał rozległe plany zawodowe.
Nie ma mowy, nie zamierzała się poddać. Powie mu, bo tak trzeba. Nic od niego nie chce, sama wychowa dziecko. Nie będzie nic musiał, ale powinien wiedzieć.
Jak pomyślała, tak zrobiła. A że miała spore możliwości i znajomości, zdobyła listę gości z bankietu. Było 3 Krzysztofów. Ale od czego jest wujek Google? Wpisała pierwszego, było zdjęcie. Nie, to nie ten. Drugi. To nie firma komputerowa. Zatem trzeci. Niestety zdjęcia nie było. Szybko przeczytała notatkę o nim. Cóż, wygląda na to, że to ten. Lubi warszawską Starówkę. Hm, to by się nawet zgadzało. Spisała do kalendarza adres biura i telefony. Zastanawiała się, czy pojechać do biura, czy do domu. Nie pamiętała numeru mieszkania, tylko mniej więcej, która kamienica. Czy lepiej zadzwonić? Nie, chyba nie, bo co by mu powiedziała? I tak przez telefon? Do pracy czy do domu, do pracy czy do domu? Wystukiwała palcami rytm na swoim biurku. Nie zdecydowała.
Odwiedziła lekarza i pojechała do rodziców. Nie była w domu od Bożego Narodzenia. Mama i tata byli mile zaskoczeni jej wizytą. Mama jak zwykle włączyła swój siódmy zmysł matczyny i wieczorem zapytała:
- Anetko, co się stało?
- Nic, mamo, to znaczy nic strasznego, choć wywraca to moje życie do góry nogami. Jestem w ciąży. Zdecydowałam, że urodzę to dziecko, bo jak nie teraz to kiedy? – wyrzuciła jednym tchem.
I przytuliła się do mamy, tak jak wtedy, gdy była mała dziewczynką i coś nabroiła. Poczuła, że się boi. Oczywiście nie mamy, tylko konsekwencji swojej decyzji, czy sobie poradzi.
I wtedy padło to pytanie, na które czekała:
- A co na to przyszły tata?
- Nic, bo nic nie wie – odpowiedziała.
- I co zamierzasz?
- Powiem mu, ale dziecko wychowam sama. Wiesz, on i ja, to takie jednorazowe zauroczenie było.
Strony: 1 2